Galeria w pracowni
galeria - 668 041 616
pracownia - 691 555 904
pisanieikon @ pisanieikon.pl

A. Bloom "Szkoła modlitwy" c.d. 2

"Treść modlitwy" (rozdz. „Modlitwa i życie” A. Bloom: Szkoła modlitwy)

Ewangelia Mateusza niemalże z samego początku stawia nas twarzą twarz z samą treścią modlitwy. Mędrcy ze Wschodu ujrzeli długo oczekiwaną gwiazdę; nie ociągając się wybrali się w drogę, żeby odnaleźć Króla; przyszli do żłobu, padli na kolana, pokłonili się i przynieśli dary; wyrazili modlitwę w jej doskonałej formie, to znaczy w kontemplacji i drżącym pokłonie.

W bardziej bądź mniej popularnej literaturze na temat modlitwy często się mówi, że modlitwa – to porywająca podróż. Nierzadko można usłyszeć: „Uczcie się modlić! Tak ciekawie jest się modlić, tak fascynująco, jest to okrycie nowego świata, odnajdziecie drogę do życia duchowego”. W pewnym sensie, wiadomo, że to prawda; ale zapomina się przy tym o czymś znacznie bardziej poważnym: że modlitwa – to podróż niebezpieczna, i nie możemy udać się w nią bez ryzyka. Apostoł Paweł mówi, że strasznie jest znaleźć się w rękach Boga Żywego! (Hebr. 10, 31). Dlatego świadomie wyjść na spotkanie z Żywym Bogiem – oznacza udać się w straszną podróż: w pewnym sensie każde spotkanie z Bogiem to Straszny sąd. Kiedy byśmy się nie pojawiali w obecności Bożej, czy to podczas sakramentów, czy modlitwy, czynimy coś bardzo niebezpiecznego, ponieważ, wg słów Pisma Świętego, Bóg jest ogniem.  I jeśli tylko nie jesteśmy gotowi całkowicie oddać się boskiemu płomieniowi i stać się krzewem gorejącym na pustyni, który płonął i nie spłonął, ten płomień nas popali, ponieważ modlitewne doświadczenie można poznać tylko od wewnątrz i nie można  z niego drwić.

Zbliżenie się do Boga zawsze bywa ujrzeniem i Bożego piękna, i dystansu (odległości) pomiędzy Nim i nami. „Odległość” to słowo nieścisłe, ponieważ nie wyznacza się ona  na podstawie tego, że Bóg jest święty, a my grzeszni. Odległość wyznacza się poprzez stosunek grzesznika do Boga. Możemy zbliżać się do Boga tylko wówczas, gdy czynimy to ze świadomością, że przychodzimy na sąd.

Jeśli przychodzimy osądziwszy siebie; jeśli przychodzimy, ponieważ Go kochamy, nie patrząc na własne niedowiarstwo; jeśli przychodzimy do Niego, kochając go bardziej niż dobrobyt, w którym Go nie ma, wówczas jesteśmy dla Niego otwarci, i On jest dla nas otwarty, i nie ma dystansu; Pan przychodzi całkiem blisko, w miłości i współcierpieniu.

Lecz jeśli stoimy przed Bogiem w pancerzu swej dumy, w dowierzaniu samemu sobie, jeśli stoimy przed Nim tak jakbyśmy mieli do tego prawo, jeśli stoimy przed Nim i wymagamy od Niego odpowiedzi, ten dystans oddzielający stworzenie od Stwórcy, staje się nieskończony. Angielski pisarz C.S. Lewis wypowiada myśl, iż w tym sensie dystans odnosi się do sytuacji:  kiedy  Jutrzenka stanął przed Bogiem, zapytawszy Go, - w tym samym mgnieniu, w którym on zadał swoje pytanie nie po to, by w pokorze pojąć, ale po to, by przymusić Boga do odpowiedzi, - znalazł się w nieskończonej odległości od Boga.  Bóg się nie poruszył, nie poruszył się i szatan, lecz i bez jakiekolwiek poruszenia stali się oni nieskończenie oddzieleni jeden od drugiego.

Kiedy byśmy się nie przybliżali do Boga, kontrast pomiędzy tym, kim jest On i kogo my sobą reprezentujemy, staje się strasznie jasnym, widocznym. Możemy nie uświadamiać sobie tego w trakcie upływu całego czasu, w którym żyjemy jakby w oddali od Boga, cały ten czas, kiedy Jego obecność i Jego obraz pozostają mdłe w naszych myślach i w naszym postrzeganiu; lecz im bardziej zbliżamy się do Boga, tym ostrzej następuje kontrast.  Nie nieustanna myśl o swoich grzechach, lecz widzenie Bożej świętości, pozwala świętym ujrzeć swoją grzeszność. Kiedy patrzymy na siebie bez wonnego tła Bożej obecności, grzechy i dobre uczynki wydają się czymś drobnym i, w pewnym sensie, nie istniejącym;  jedynie na tle Bożej obecności występują z całą swą realnością i odzyskują całą swoją głębię i tragiczność.  Za każdym razem, gdy zwracamy się do Boga, znajdujemy się przed obliczem albo życia, albo śmierci. To spotkanie – jest życiem, jeśli przychodzimy do Niego w należnym duchu i odnawiamy się Nim; jest zagładą, jeśli zbliżamy się do Niego bez pełnego pokory ducha i skruszonego serca; zagładą, jeśli przynosimy dumę i zaufanie tylko do własnej osoby. Dlatego przed tym, jak wybierzemy się w tak zwaną „fascynującą podróż modlitwy”, nie wolno ani na minutę zapominać, że nie może zdarzyć się nic bardziej znaczącego, bardziej wprowadzającego w drżenie, niż spotkanie z Bogiem, w jakim bierzemy udział. Powinniśmy uświadamiać sobie, że w tym procesie stracimy życie: starotestamentowy Adam powinien w nas umrzeć.  Mocno trzymamy się człowieka nowotestamentowego, boimy się o niego, i tak ciężko jest nie tylko na początku drogi, ale i z upływem lat, poczuć, że w pełni jesteśmy po stronie Chrystusa, przeciwko starotestamentowemu Adamowi!

Modlitwa – to podróż, która przynosi, nie emocjonalne, ekstatyczne przeżycia, a nową odpowiedzialność. Dopóki przebywamy w niewiedzy, nic się od nas nie oczekuje, lecz jak tylko się czegoś dowiadujemy, odpowiadamy za to, jak wykorzystujemy tą wiedzę. Choćbyśmy otrzymali ją w darze, to i tak odpowiadamy za każdą prywatną część prawdy, o której żeśmy się dowiedzieli, i jak tylko staje się ona naszą własnością, nie możemy pozostawiać jej bezpłodnej, lecz powinniśmy świadczyć o niej poprzez swoje zachowanie. I w tym sensie wymaga się od nas odpowiedzialności za każdą prawdę, którą pojęliśmy.

Jedynie z uczuciem strachu, bojaźni, szacunku względem Boga, najgłębszego przynoszenia pokory, możemy przystępować do ryzyka modlitewnego działania, i powinniśmy dorosnąć do niego w naszym życiu zewnętrznym możliwie w pełni i bez wątpliwości.  Nie wystarczy, usiąść wygodnie w fotelu, powiedzieć: „Teraz właśnie przystępuję do pokłonu przed osobą Bożą”. Powinniśmy zrozumieć, że jeśliby Chrystus stanął przed nami, my zachowywalibyśmy się inaczej, i powinniśmy się nauczyć zachowywać w obecności niewidzialnego Pana, tak jakbyśmy się zachowywali w obecności Pana, który stał się dla nas widzialnym.

Przede wszystkim przewidziany jest określony stan umysłu, który wyraża się również w stanie ciała. Jeśli by Chrystus był tu, przed nami, i my stalibyśmy się rzeczywiście przejrzyści, umysłem i ciałem, dla Jego wzroku, to doświadczalibyśmy głębokiej pokory, bojaźni Bożej, miłości, możliwe, że i strachu, ale nie zachowywalibyśmy się tak swobodnie, jak czynimy to zazwyczaj.  Współczesny świat w dużej mierze utracił modlitewnego ducha, i dyscyplina ciała stała się w przekonaniu i wyobrażeniu ludzi   czymś drugoplanowym, kiedy natomiast jest ona zupełnie nie drugoplanowa. Zapominamy, że jesteśmy – nie duszą, zamieszkującą w ciele, a człowiekiem, składającym się z ciała i duszy, i że, wg apostoła Pawła, jesteśmy powołani do chwalenia Boga i w naszym ciałach, i w naszych duszach; nasze ciała, jak i nasze dusze, są powołane do chwały Królestwa Bożego (1 Kor.6, 20).     

 Nazbyt często modlitwa nie znaczy dla nas tyle, by wszystko inne odchodziło na bok ustępując jej miejsca. Modlitwa u nas – to dodatek do mnóstwa innych rzeczy; chcemy, żeby Bóg był tu nie dlatego, że bez Niego nie ma życia, nie dlatego, że jest On – wyższą wartością, ale dlatego, że byłoby tak przyjemnie na dodatek wszystkich wielkich dobrodziejstw Bożych mieć jeszcze Jego obecność.  On – to dodatek do naszego komfortu.  I kiedy Go szukamy przy takim nastawieniu, nie spotykamy Go.

Mimo to, nie oglądając się na wszystko to, co zostało powiedziane, modlitwa, jakby ona nie była niebezpieczna, i tak jest lepszą drogą do tego, żeby iść do przodu, ku wypełnieniu naszego powołania, i stać się do końca ludzkim, to znaczy wejść w pełne zjednoczenie z Bogiem i stać się na końcu końców tym, kogo apostoł Piotr nazywa uczestnikami Boskiej natury ( 2 Piotr. 1, 4).

Miłość i przyjaźń nie wzrastają, jeśli nie jesteśmy gotowi ponosić wielu ofiar za nich; i dokładnie tak samo powinniśmy być gotowi zrezygnować  z wielu spraw, rzeczy na rzecz tego, by pierwsze miejsce oddać Bogu.

„…Będziesz miłował Pana, Boga swego całym swoim sercem, i całą swoją duszą,  całą swoją mocą, i całym swym umysłem „ (Łk. 10, 27). Jest to, wydaje się, bardzo proste przykazanie, a, jednak, w słowach tych zawiera się znacznie więcej treści niż się nam wydaje nam pierwszy rzut oka. Wszyscy wiemy co znaczy kochać kogoś całym sercem. Wiemy jak radośnie jest nie tylko spotkać się z ukochanym, ale choćby pomyśleć o nim, jaką to daje osłodę. I właśnie tak powinniśmy kochać Boga i każdego razu, kiedy przypomina się Jego imię, powinno ono napełniać nasze serce i duszę niekończącym się ciepłem. Bóg powinien być zawsze w naszym umyśle, a w rzeczywistości jest tak, że myślimy o Nim tylko od przypadku do przypadku.

Co do tego, żeby kochać Boga całą swoją mocą, to jest to dla nas możliwe tylko, jeśli świadomym zamiarem odrzucimy od siebie wszystko to, co nie jest w nas Boże; siłą woli powinniśmy nieustannie zwracać się do Boga – i kiedy się modlimy (wtedy jest łatwiej, ponieważ podczas modlitwy już jesteśmy skoncentrowani na Bogu), i kiedy cokolwiek robimy (co wymaga treningu, gdyż w tym wypadku jesteśmy skoncentrowani na pewnym materialnym osiągnięciu, który powinniśmy ofiarowywać Bogu szczególnym wysiłkiem).

Mędrcy ze Wschodu przemierzyli długą drogę, i nikt nie wie, jakie trudności przyszło im pokonać. Każdy z nas podróżuje podobnie do nich. Nieśli oni dary: złoto Królowi, kadzidło Bogu i mirrę człowiekowi, któremu przyszło zakosztować śmierci. Skąd mamy wziąć złoto, kadziło i mirrę – my, którzy jesteśmy za wszystko Bogu dłużni? Wiemy, że wszystko co mamy, otrzymaliśmy od Boga i nawet nie jest naszym na zawsze czy też naszym absolutnie, bez wątpliwości. Wszystko może być nam zabrane, poza miłością, i ten fakt czyni miłość tym jedynym, co możemy dawać. Wszystko pozostałe – części naszego ciała, rozum, mienie – można nam zabrać siłą; lecz nie miłości – nie ma środka, którym można ją w nas zniszczyć, o ile sami jej nie zniszczymy.

W naszej miłosnej relacji jesteśmy tak wolni jak w żadnym innym przejawie naszej duszy i ciała. I chociaż zasadniczo także i miłość – to Boży dar, ponieważ sami nie możemy jej w sobie wzniecić, jednak, kiedy już ją mamy, jest ona jedynym, co możemy odrzucić lub co możemy ofiarować. W „Dzienniku wiejskiego duchownika” Ż. Biernanos mówi, że możemy oddać Bogu także swoją dumę: „Oddaj swoją dumę razem ze wszystkim pozostałym, oddaj wszystko”. Duma, oddana w taki sposób, przemienia się w dar miłości, zaś wszelki dar miłości jest przez Boga przyjęty.

„Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt. 5, 44) – jest to przykazanie, którego wypełnienie może być dla nas bardziej lub mniej lekkim; lecz przebaczyć ludziom, którzy sprawiają cierpienie temu, kogo kochamy, - to sprawa zupełnie inna. Tu się może okazać, że dokonujesz jakby zdrady. Lecz także, im większa jest nasza miłość do tego, kto cierpi, tym bardziej jesteśmy zdolni dzielić z nim cierpienie i przebaczyć, i w tym sensie największa miłość zostaje osiągnięta wówczas, gdy z rabbi Michaelem możemy powiedzieć:  „I am my beloved”, „Ja i mój ukochany – jedno”.

Dopóki mówimy „ja” i „on”, nie dzielimy cierpienia i nie możemy go przyjąć. U podnóża Krzyża Matka Boska stała nie we łzach, jak często się przedstawia w zachodnim malarstwie; osiągnęła ona taki poziom jedności ze Swoim Synem, że nie miała się czemu sprzeciwiać.

Dzięki miłości stajemy się jednym z tym, kogo kochamy, i miłość umożliwia nam dzielić całkowicie nie tylko cierpienie, ale i stosunek do cierpienia i do tego, kto to cierpienie zadaje. Nie da się wyobrazić sobie Matki Boskiej czy ucznia Jana protestujących przeciwko temu, co było jawną wolą ukrzyżowanego Syna Bożego. „Nikt Mi go nie zabiera (mojego życia), lecz Ja od siebie je oddaję.”(Jana 10, 18).On umierał dobrowolnie, za swoją zgodą, by zbawić świat; Jego śmierć była tym zbawieniem i dlatego ci, którzy w Niego wierzyli i chcieli być z nim jednym, mogli dzielić cierpienie Jego śmierci, mogli przechodzić przez pasje wraz z Nim, lecz nie mogli ich odrzucić, nie mogli wystąpić przeciwko tłumowi krzyżującemu Chrystusa, ponieważ ukrzyżowanie było wolą Samego Chrystusa.

Możemy się sprzeciwiać czyjemuś tam cierpieniu, możemy przeciwstawiać się czyjeś tam śmierci wówczas, gdy człowiek sam prawidłowo czy też nie, sprzeciwia się im, czy też możemy nie dzielić  z nim jego dążeń i jego postawy wobec cierpienia; lecz w takim przypadku nasza miłość do tego człowieka – to miłość niedostateczna i tworzy podział.  Jest to taka miłość, jaką przejawił Piotr, kiedy Chrystus w drodze do Jerozolimy powiedział Swoim uczniom, że idzie na śmierć. Piotr, „wziął Go na bok i zaczął Go upominać”, lecz Chrystus odpowiedział: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie”. (Mk, 8, 33). Możemy sobie wyobrazić, że żona łotra ukrzyżowanego z lewej strony Chrystusa, pełna była tego protestu przeciwko śmierci swojego męża, jak i on sam był pełny; w tym sensie oboje byli w pełni jednym, ale i oboje byli nieprawi.

Dzielić z Chrystusem Jego cierpienie, ukrzyżowanie, śmierć – oznacza bezwarunkowo przyjąć wszystkie te wydarzenia w tym samym co On nastawieniu, to znaczy przyjąć je dobrowolnie, przechodzić boleści wraz z Mężem, przebywać w tym w milczeniu, - milczeniu Samego Chrystusa, naruszonym jedynie nielicznymi decydującymi słowami, w milczeniu prawdziwego obcowania; nie w milczeniu przesyconym żalem, litością, lecz w milczeniu współcierpienia, które czyni nas zdolnymi zjednoczyć się z drugim człowiekiem tak, że już nie ma jednego i drugiego, lecz jedno życie i jedna śmierć.

Na przestrzeni trwania historii ludzie niejednokrotnie byli świadkami prześladowań i nie bali się, lecz dzielili cierpienia, nie protestując: na przykład, Sofia – matka, stojąc obok każdej ze swych córek, jednej obok drugiej, Wiary, Nadziei i Miłości, dodając im odwagi w obliczu śmierci, czy też wielu innych męczenników, którzy pomagali jeden drugiemu, lecz nigdy nie zwracali się przeciwko prześladowcom. Duch męczeństwa można pokazać w całym szeregu przykładów. W pierwszym przykładzie został wyrażony sam duch męczeństwa, źródło jego podtrzymania: duch miłości, którego nie może złamać cierpienie czy niesprawiedliwość. Duchownego, który został uwięziony jako bardzo młody człowiek i wypuszczony na wolność w stanie rozbitym, zapytano, co u niego pozostało, i on odrzekł: „Nic mi zostało, wytruli dosłownie wszystko, została tylko miłość.” Takie słowa świadczą o prawidłowiej postawie mówiącego, i każdy, kto dzieli z nim jego tragedię, powinien współodczuwać  z nim jego niezachwianą miłość.

A oto przykład człowieka, który wrócił z Buchenwaldu[1], i kiedy zapytano go o niego samego, powiedział, że jego cierpienie jest niczym w porównaniu do tego, jak bardzo żal mu nieszczęsnych niemieckich młodych żołnierzy, którzy potrafili być tak okrutni, i że on nie odnajduje pokoju rozmyślając o kondycji ich dusz. Jego troska nie dotyczyła jego samego (a przeżył tam 4 lata) i nie niezliczonych ludzi tam cierpiących i umierających wokół, lecz prześladowców. Ci, którzy cierpieli, byli z Chrystusem; ci, którzy przejawiali okrucieństwo – nie.

Trzeci przykład – modlitwa, napisana w obozie koncentracyjnym przez uwięzionego żyda:

„Pokój wszystkim ludziom złej woli! Niech ustanie wszelka zemsta, wszelki zew ku karze i odpłacie…Przestępstwa przepełniły czaszę, ludzki rozum nie jest w sile pomieścić więcej. Niezliczone rzesze męczenników..

Dlatego nie składaj ich cierpienia na wagę Twojej sprawiedliwości. Panie, nie zwracaj ich przeciwko prześladowcom srogim oskarżeniem, żeby uzyskać od nich straszną zapłatę. Oddaj im w inny sposób. Połóż na wagę, w obronę katów, donosicieli, sprzedawczyków i wszystkich ludzi złej woli – męczeństwo, duchową siłę męczonych, ich pokorę, ich wielką szlachetność, ich nieustanną wewnętrzną walkę i nadzieję nie do pokonania, osuszającą łzy, ich miłość, ich okaleczone, rozbite serca, pozostające niezłamane i wierne przed obliczem samej śmierci, nawet w chwilach ostatecznej słabości…

Zalicz to wszystko, Panie, przed Twoimi oczami w poczet wybaczenia grzechów, jako wykup, z okazji święta pobożności, weź pod uwagę dobro, a nie zło!

I obyśmy zostali w pamięci naszych prześladowców nie jako ich ofiary, nie jako okropny koszmar, nie jako nieodstępująco prześladujące ich fantazmaty, lecz jako pomocnicy w ich walce o wyniszczenie rozpasania ich zbrodniczych namiętności. Niczego więcej my od nich nie chcemy. A kiedy się to wszystko skończy, daj nam żyć jak ludziom wśród ludzi, niech pokój powróci na naszą cierpiącą ziemię – pokój ludziom dobrej woli i wszystkim pozostałym…”[2]

Pewien rosyjski biskup mówił, że dla chrześcijanina umrzeć w roli męczennika – to szczególna zasługa, ponieważ nikt, poza męczennikiem, nie może na Strasznym sądzie stanąć przed obliczem sądzącego Bożego Tronu i powiedzieć: „ Na podstawie Twojego słowa i na Twoim przykładzie wybaczyłem; nie masz już za co więcej ich ukarać”.  Oznacza to, że ten kto przeszedł męczeństwo w imię Chrystusa, kogo miłość nie zachwiała się w obliczu cierpienia, otrzymuje bezwarunkową władzę przebaczenia tym, którzy zadali mu cierpienie.  Ma to zastosowanie również na znacznie bardziej powszednim poziomie, na poziomie codziennego życia; każdy, kto cierpi najmniejszą niesprawiedliwość ze strony drugiego człowieka, może wybaczyć bądź odmówić wybaczenia. Ale jest to miecz obosieczny; jeśli nie wybaczamy, to i sami nie otrzymamy wybaczenia.  

Francuscy rzymscy katolicy, z ich silnym poczuciem sprawiedliwości i chwały Bożej, jasno sobie uświadamiają, jakie zwycięstwo może odnieść Chrystus dzięki ludzkim cierpieniom: od 1797 r. istnieje Order Odkupienia, który w nieustannym pokłonie Świętym Darom modli się  o przebaczenie win całej ziemi i o wybaczenie oddzielnym grzesznikom poprzez modlitwy ich ofiar. Order stawia również sobie za cel wychowywanie dzieci i dorosłych w duchu miłości.

Charakterystyczne jest również opowiadanie o francuskim generale Maurice d'Elbée z okresu wojen rewolucyjnych.  Jego żołnierze schywali kilku « niebieskiech » i zamierzali ich rozstrzelać ; generał był zmuszony im ustąpić , ale nalegał, aby żołnierze najpierw przeczytali Modlitwę Pańską, co uczynili ; kiedy dotarli do słów : « I odpuść nam nasze winy , jak i my odpuszczamy naszym winowajcom », zrozumieli, zapłakali i wypuścili więźniów. Póżniej, w 1794 r., generał d'Elbée sam został rozstrzelany przez « niebieskich ».

Francuski jezuita Jean Daniélou w swojej książce « Święci poganie » pisze, że cierpienie – to ogniwo wiążące ludzi bogobojnych z grzesznikami: ludzi bogobojnych cierpiących męczeństwa, i grzeszników je zadających. Gdyby nie to ogniowo, byliby oni całkowicie oddzieleni od siebie; ludzie bogobojni i grzesznicy pozostawaliby na paralelnych liniach, które nigdy się nie krzyżują, i nie mogliby się spotkać. W takim przypadku ludzie bogobojni nie mieliby władzy nad grzesznikami, ponieważ nie da się wejść w relację z kimś, kogo się nie spotyka.



[1] Niemiecki obóz koncentracyjny na terenie Niemiec, działający w latach 1934-1945

[2] Znaleziono w archiwach niemieckiego obozu koncentracyjnego i opublikowano w „Zuddeutsche Zeitung”.

dodano: 2016-12-09
Polityka plików cookies Copyright © 2014 Gogler.pl

Ta strona używa ciasteczek (cookies). Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.
Więcej informacji znajdziesz w polityce plików cookies.

Zamknij